Raymond Chandler – „Żegnaj, laleczko”

P1300916 - Kopia

Prywatny detektyw Filip Marlowe (spolszczone jest tutaj jego imię) – żeby się wziąć w garść, tak o sobie mówi: „Słuchaj, Marlowe. Jesteś twardy chłop. Sześć stóp hartowanej stali. Sto dziewięćdziesiąt funtów bez ubrania i po myciu” – przypadkowo wplątuje się w nieciekawą kabałę. Świeżo poznany Myszka Malloy zaciąga go za kołnierz do baru, aby się z nim napił zdrowie jego byłej dziewczyny, której nie widział przez 8 lat odsiadki, a która kiedyś tańczyła akurat w tym barze. Z tym, że lokal ten zdążył zmienić właściciela oraz przeznaczenie – jest wyłącznie dla czarnych. Dochodzi do scysji w wyniku której właściciel baru kończy ze skręconym karkiem w wielkich dłoniach Malloya. Wplątany Marlowe wzywa policję.

Policjant, który przejmuje śledztwo i pogoń za Myszką, prosi go o przysługę, żeby dowiedział się co z tą dziewczyną się dzieje, może tam gdzie ona, tam będzie Myszka Malloy. Marlowe z darmowych przysług nie żyje, ale w ramach dobrej współpracy zakręcił się tu i ówdzie, aż doszedł do żony byłego właściciela baru, która dziewczynę niby pamięta, ale nic o niej nie wie, jednocześnie po kryjomu chowając jej zdjęcia przed oczami detektywa. Przysługa wykonana, trop się tutaj urywa, niech sobie policjanci dalej sami szukają, przygoda skończona.
Tego samego dnia Marlowe dostaje zlecenie od człowieka nazwiskiem Lindsay Marriott, żeby mu towarzyszył podczas przekazywania okupu za nefrytowy naszyjnik przyjaciółki, szantażystom – złodziejom, którzy ten naszyjnik niedawno jej ukradli. Marlowe nieprzekonany, za dobrą kasę ostatecznie godzi się. Przekazanie pieniędzy ma się odbyć w ciemnym parowie. Niedługo po zjawieniu się tam, detektywowi równie ciemno robi się przed oczami, po zdzieleniu go od tyłu pończochą w łepetynę. Budzi się po pół godzinie, Marriotta nie ma, za to zjawia się przypadkowa dziewczyna, która akurat sobie tutaj niedaleko jeździła samochodem. Razem odnajdują Lindsaya. Znowu Marlowe musi wezwać policję. A na drugi dzień odwiedzić właścicielkę nefrytowego naszyjnika – „Blondynka, na widok której biskup zdolny by był wybić dziurę w witrażu. Miała wszystko co trzeba, z którejkolwiek spojrzało się strony” – która chce mu zlecić odnalezienie jej naszyjnika.
W pewnym momencie jednak Marlowe zaczyna się zastanawiać i próbować złączyć obie napotkane go historie… I im dalej, tym jest coraz lepiej.
I znowu: dla mnie Chandler to poeta; jednym słowem potrafi dać do zrozumienia coś co innemu zajęłoby stronę. Jego opisy miasta, czy ludzi są niepowtarzalne. Strzela słowami i trafia mnie prosto w serce. Dialogi, rozmowy Marlowe’a z policjantami lub gangsterami, albo jego przekomarzanie się z kobietami to jest mistrzostwo świata. Tak jak poezję, to trzeba po prostu poczuć, to musi wsiąknąć w człowieka do środka. Chandler to nie tylko kryminał. No choćby takie coś:

„Ta nazwa brzmi jak piosenka śpiewana w brudnej wannie.”

Albo takie:

„Za biurkiem siedziała kobieta i uśmiechała się do mnie suchym i zwiędłym uśmiechem, który pod dotknięciem mógłby się rozsypać w proch.”

Druga powieść Chandlera „Żegnaj, laleczko” (1940) to mocno zmodyfikowane i połączone trzy wcześniejsze jego opowiadania:
1. „Człowiek, który lubił psy” (1936) – prywatny szpital psychiatryczny, pływające na oceanie kasyna.
2. „Poszukajcie dziewczyny” (1937) – Myszka Malloy, zapijaczona żona byłego właściciela baru.
3. „Nefryt Mandaryna” (1937) – akcja w wąwozie, szarlatan Amthor i jego diament – śmierdzący Indianin, który robi za naturalne medium.

Wszystkie trzy opowiadania można znaleźć w zbiorze „Człowiek, który lubił psy. Opowiadania” (Wydawnictwo Da Capo, 1993).

Warto poznać Chandlera i odkryć inny wymiar powieści kryminalnej.

Jeszcze na koniec kilka cytatów. No i niech Państwo sami powiedzą, czy to nie jest mistrzostwo świata?

„Zgiął mnie. Można mnie zgiąć. Nie jestem ratuszem. Można mnie zgiąć.”

„Westchnęła. – Wszyscy mężczyźni są tacy sami. – I kobiety… po pierwszych dziewięciu. – Odparłem.”

„Obiad za osiemdziesiąt pięć centów smakował jak zniszczona torba listonosza. Podał mi go kelner o wyglądzie zbira, który by mnie trzasnął za dwadzieścia pięć centów, za sześćdziesiąt podciąłby mi gardło, za półtora dolara plus narzut handlowy pogrzebał na morzu w beczce cementu.”

„Ale kawał! Niech pan przypomni, żebym się uśmiał, jak będę miał wolny dzień.”

„Miała na sobie tabaczkowego koloru kostium, a pod nim biały golf. W świetle dnia jej włosy były wyraźnie kasztanowe, a na nich siedział kapelusz o główce nie większej niż szklaneczka whisky i kresach, w których można by schować całotygodniowe pranie. Siedział jej na głowie pod kątem około czterdziestu pięciu stopni, tak że krawędzią ronda prawie dotykał ramienia. Mimo to wyglądał szykownie. A może właśnie dlatego.
Miała mniej więcej dwadzieścia osiem lat. Dosyć wąskie czoło, wyższe, niż wymaga elegancja. Nos mały i wścibski, górną wargę odrobinę za długą, a usta więcej niż odrobinę za szerokie, Oczy szaroniebieskie, cętkowane złotem. Miły uśmiech. Wyglądała na porządnie wyspaną. Była to miła twarz, z tych, których nie sposób nie lubić. Ładna, ale nie w ten sposób ładna, żeby trzeba było zabierać ze sobą kastet, ile razy zaprosi się ją do lokalu.”

„Mimo wszystko nie brak dobrych ludzi na świecie. Można się zżymać nad porannym dziennikiem, kopać w kostki sąsiada w kinie, być zgryźliwym i rozczarowanym i kpić z polityków, ale mimo wszystko nie brak na świecie dobrych ludzi. Weźcie tego faceta, który zostawił tu pół butelki whisky. Miał serce nie mniejsze od pośladków Mae West.”

„Na Montemar Vista składało się parędziesiąt domów rozmaitych wielkości i kształtów, zawieszonych na słowo honoru u górskiego stoku i sprawiających wrażenie, że porządne kichnięcie może je zwalić na plażę między kosze z lunchem.”

„- Narkotyzowane? Mogę zobaczyć?. Podałem jej haftowaną papierośnicę. – Znałam kiedyś kogoś, kto palił narkotyzowane – powiedziała. – Trzy głębsze i trzy marihuany, i trzeba go było kluczem kanalizacyjnym odrywać od żyrandola.”

„Nic nie odpowiedziałem. Znowu zapaliłem fajkę. Z fajką człowiek wygląda na zamyślonego, kiedy nic nie myśli.”

„Uśmiechnął się pierwszy raz tego dnia. Prawdopodobnie pozwalał sobie na cztery uśmiechy dziennie.”

W żołądku paliło mnie po ostatnim łyku whisky. Nie byłem głodny. Zapaliłem papierosa. Smakował jak chusteczka pracownika kanalizacji.

„Zbliża się jeden z moich rzadkich ataków delikatności.”

 

Piwo. Piwo Marynka z Browaru Wąsosz. I jest to pils. No i niech będzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: