Jason Aaron i R.M. Guéra – „Skalp. Tom pierwszy”

20170614_194242 - Kopia

Między mną a komiksami różnie bywało. Za łebka brałem wszystko jak leci, ale przez ostatnie ćwierćwiecze istniał tylko Thorgal, jako sentyment do młodzieńczych snów na jawie.  Super bohaterowie mnie nie interesowali, fantastyka średnio podchodziła, komiksowe adaptacje książkowych bestsellerów uważałem za stratę czasu, a nic innego do mnie nie trafiało, ani też sam zbytnio zaczepki nie szukałem. Do teraz. „Skalp” na tyle mnie wciągnął i zaintrygował, aby sądzić, że współczesny kryminał w komiksie to niemal czysta karta, która odświeży ten gatunek i pchnie go na nowe tory.

„Skalp” wydało Wydawnictwo Egmont. Z gatunku kryminał/sensacja ma tam jeszcze kilka pozycji, ale wszystko to wydane jeszcze przed 2009 roku. Tylko „Skalp” jest w miarę nowy. Natomiast wyjątkowo intrygująco zapowiada się pod tym względem wydawnictwo Non Stop Comics, które w  swojej ofercie ma naprawdę ciekawe zagraniczne pozycje z tego gatunku. Sęk w tym, że w oryginale. Dopiero w tym roku mają coś przetłumaczyć na polski i w związku z tym jaram się na to jak flota Stannisa. Ale ci, którzy siedzą w tym gatunku (albo wystarczy, że go lubią), a którym w tym temacie ufam (Robert Ziębiński, Wojciech Chmielarz), już dają nam znaki, że idzie moc.

„Skalp” dzieje się, rzecz niespotykana jak na kryminał, w rezerwacie współczesnych Indian w USA. Już samo to zapaliło w moim mózgu lampkę podekscytowania, bo ja – w młodości miłośnik książkowych westernów; Karola Maya, Wiesława Wernica, Maxa Branda, czy Sławomira Brala (Yackta-Oya) –  kompletnie nie miałem pojęcia jak wygląda współczesne życie amerykańskich Indian.

No i się dowiedziałem. Dostałem nieźle obuchem tomahawka między oczy. Równowagę złapałem dopiero tak po połowie książki, ale i wtedy nie było łatwo. „Skalp” pokazuje rezerwat Indian jako miejsce patologii społecznej, gdzie Indianie zapijają się na śmierć, żyją w nieludzkiej biedzie, żywność mają na kartki, a ci, którzy w jakiś sposób się wybili ponad przeciętność przejmują władzę nad wszystkimi jako zwykli mafiosi.

Jednym z takich wybitych jest Czerwony Kruk – prezydent Rady Plemienia Oglala, szeryf policji plemiennej, prezes komitetu planistycznego, skarbnik programu bezpieczeństwa na autostradzie i dyrektor zarządzający niedługo otwieranego kasyna. Jednym słowem kanalia jakich mało, ale… tu rzecz znamienna dla tego komiksu, nie ma tam charakterów czarno-białych; wszystko ma głębszy i niespotykany wymiar; każdym kierują motywy nie tak oczywiste, jakby na pierwszy rzut oka mogło się wydawać.

Czerwonym Krukiem interesuje się FBI. Uważają, i słusznie, że swoją pozycję osiągnął przez korupcję, morderstwa i terror. Próbują go mieć cały czas na oku i znaleźć na niego haka.

I w końcu na arenę tego rezerwatu wkracza główny bohater Dashiell Zły Koń, łysy Indianiec. Uciekł z rezu mając 13 lat. Po powrocie zaczyna tam nieźle mieszać.

Komiks ten podziałał na mnie swoją mocą, poprzez różnorodność i niejednoznaczność pokazanych ludzkich postaci i sytuacji. Jest brutalny, ale taki był jego zamiar, aby poprzez kryminał i sensację pokazać tę beznadziejność, zwątpienie, bezsilność i frustrację pierwotnego ludu Ameryki.  Lecz nawet abstrahując od wymiaru społecznego tego komiksu, broni się jako współczesny rasowy kryminał noir, gdzie nie ma błękitnego nieba, bohater nigdy się nie uśmiecha, wszystko jest totalną beznadziejnością i wkurwieniem, kobiety to ćpające dziwki, matki są wyrodne, a ojcowie zapijaczeni śpią obrzygani w rowie. Gdzie nawet przy dobrej woli i chęciach najlepiej sprawę załatwiać z bronią w ręku. Wobec tego wszystkiego trzeba prowadzić śledztwo niemal na siłę, bo być może, ale to tylko bardzo małe być może, dzięki jej rozwiązaniu naprawi się ciut tego złego świata.

To jest pierwsza część z czterech, które ukazały się w Polsce. Cykl kończy się, zdaje się, na pięciu tomach. Ta część nie zamyka wątków, wręcz nawet rozpuszcza je jeszcze bardziej.

Rysunki są specyficzne, ale już po paru planszach wzięły mnie na całego. R.M. Guéra potrafi jedną kreską, jednym ujęciem oddać bardzo dużo emocji i zachować specyficzny klimat. Jestem pod wrażeniem.

Jeszcze ciekawostka: w USA kręcą pilota serialu na motywach tej historii.

Podczas czytania zmieniłem piwo na bardziej indiańskie. „Apache” – wit IPA z Browaru Raduga sprawdziło się tutaj wyśmienicie. Pasuje jak ulał.

A w smaku wymiata; grejpfrut, kolendra, pomarańcza, mango. Samo wchodzi.

Wcześniej było takie:

P1310404 - Kopia

Z Browaru Waszczukowe. Też całkiem niezłe. Ale Indianin to Indianin.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: