Stanisław Kryciński – „Bieszczady. Tam gdzie diabły, hucuły, ukraińce”

P1310277

Pierwszy raz w Bieszczadach byłem w 1994 roku, zaraz po maturze. Rok później, czyli w 1995 roku, również musiałem (z własnej, nieprzymuszonej woli) tam być. Mimo, iż później przez kilkanaście lat tak pokręciło moimi ścieżkami, że o Bieszczady zahaczały tylko ukradkiem, ten rejon wlazł w moją pikawę, zapuścił korzenie i wszedł w krwioobieg. Przez ostatnie lata bywam w Bieszczadach nawet kilka razy do roku, ale siłą rzeczy te wędrówki są inne, niż 22 lata temu.

Bodajże w 1995 roku po raz pierwszy na mapach turystycznych pojawił się szlak od Bukowca do Sianek – najbardziej wysuniętego na południe terenu Polski. Tam gdzie swoje źródła ma San. Dotychczas było to miejsce oficjalnie niedostępne dla turystów. Musiałem, a raczej musieliśmy, bo nie byłem sam, z tego skorzystać. Pomógł nam wtedy pan Antoni Derwich – leśniczy, ratownik GOPR, wspaniały człowiek związany z Bieszczadami – podwiózł nas wtedy z Mucznego razem ogromnymi plecakami w głąb „worka bieszczadzkiego”, aż do Beniowej, gdzie przy zabudowaniach robotników leśnych mogliśmy rozbić namioty i mieć bazę wypadową do Sianek.

Widzę, że zamiast na temat książki próbuję spisywać wspomnienia. OK, wystarczy zatem. To co powyżej, to tylko takie światło na to, że książka pana Stanisława Krycińskiego zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie, gdyż ten czas, który on opisuje ja zdążyłem jeszcze w ostatniej jego chwili poczuć.

„Dziś. Gdy do grobu hrabiny wiedzie ścieżka przyrodniczo-historyczna „W dolinie Górnego Sanu”, trudno uwierzyć, że w czasie PRL-u z dotarciem tu wiązało się tak wiele emocji. Ktoś kto może dojechać samochodem na parking w Bukowcu nie pojmie trudów wędrowca, który by osiągnąć to miejsce musiał przebyć pieszo minimum 20 kilometrów przez góry, a do tego ukrywać się przed żołnierzami WOP i podwładnymi płka Doskoczyńskiego. Dobrze, że „worek” dziś jest tak łatwo osiągalny, ale trochę żal tego dreszczyka emocji towarzyszącego niegdysiejszym wyprawom w jego tajemnicze wnętrze.”

Co prawda my już nie musieliśmy się przed nikim ukrywać, ale dotarcie do tego miejsca uważam dziś za najpiękniejszą przygodę mojego życia.

Rozdział poświęcony wyprawom do „worka bieszczadzkiego” czytałem z wypiekami na twarzy śledząc trasy Autora na mapie i porównując swoje zdjęcia z tymi, które umieszczone są w książce. Pan Kryciński w 1990 roku zorganizował wyprawę w tamto miejsce w celu renowacji cmentarza w Beniowej i grobu hrabiny. Jego obóz o nazwie „Nadsanie” dokonał tam m. in. odnowienia nagrobków i odkrył rzeźbę ryby na kamiennej łodzi. Wspaniali ludzie, wspaniała rzecz.

W ogóle odkąd Autor zaczął odwiedzać Bieszczady i Podkarpacie zwrócił uwagę na historię tych terenów i szukał jej pozostałości w postaci tego, co głownie mogło się zachować , czyli starych cmentarzy, cerkwi, ocalałych domów, dzikich sadów, ale także i ludzi. Wówczas nikt tym się nie interesował.

W swojej książce przedstawia miejsca, w których dotknął ducha historii. Przedstawia swoje wędrówki i opisuje historie tych miejsc oraz to co wówczas napotkał i co udało się dzięki niemu i innym zapaleńcom i pasjonatom ocalić i uratować.

Dla mnie, oraz, jak widać, dla Autora również, Bieszczady to zawsze było coś więcej niż góry. Między szczytami i połoninami kryją się doliny, w których aż gęsto od magii. A co jest tą magią?  Historia. Przerażająca, a jednocześnie w jakiś okrutny sposób piękna. To smutne piękno historii razem ze zmysłowym pięknem krajobrazu potrafi uzależnić bez nadziei na odwyk.

Od niedawna Bieszczady mają również swoją piwną markę. Browar Ursa Maior z Uherców Mineralnych wpisał się w klimat tego skrawka ziemi i robi naprawdę profesjonalną robotę. I nie tylko o samo piwo tu chodzi. Promuje Bieszczady świetnymi filmami, jego etykiety mają związek z tamtejszą kulturą i rzemiosłem, angażuje się w ochronę przyrody, w swojej siedzibie organizuje wernisaże i koncerty, w maju tego roku po raz pierwszy zorganizował Bieszczadzki Festiwal Fotografii i Filmu Przyrodniczego Ursa Maior „Dzikie jest piękne”. Również związany jest z akcją „Turnicki Park Narodowy – projektowany”. Słowem, Browar to zbyt małe słowo.

Do książki piłem ich piwo Carynki z Caryńskiej – indian summer ale. Dobre piwo, choć bez fajerwerków. A może trzeba je pić tam, w górach? Kiedy jestem w Bieszczadzkiej Legendzie w Ustrzykach Górnych nie ma takiego piwa z Ursa Maior, które by mi nie smakowało.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: