Raymond Chandler – „Długie pożegnanie”

20170702_212524 - Kopia

Filip Marlowe (tak w książce pisane jest jego imię), lat 42 (jak ja…), prywatny detektyw poznaje przypadkiem Terry’ego Lennoxa. Facet jest napity w trzy ognie, a na dodatek żona go wyrzuciła z samochodu i zostawiła na środku ulicy. Lennox wygląda biednie, ale sympatycznie, więc Marlowe lituje się nad nim, zabiera go do domu i daje mu dach nad głową na kilka dni. Potem ich drogi się rozstają, ale po jakimś czasie Marlowe znowuż znajduje Lennoxa zapijaczonego na środku ulicy i historia się powtarza. Marlowe pomaga mu się podnieść, ale tym razem facet na tyle się zbiera, że wraca do niego bogata żonka, a z detektywem chodzi sobie od czasu do czasu na przyjacielskiego drinka. Za trzecim razem jest inaczej; pewnej nocy Lennox staje u drzwi Marlowe’a i oświadcza, że zabił żonę i żeby ten pomógł mu go zawieźć na lotnisko, z którego ucieknie do Meksyku. I zaczyna się dziać.

To szósta część z Philipem Marlowe. Wszystkie poprzednie książki Chandlera to były fajerwerki; olśniewały, zdumiewały, zachwycały – biłem brawo, bo to była przednia zabawa. Ta książka jest inna. Zostawia głęboki ślad. Wielowątkowa, dojrzała, wymowna i niezwykle oddziaływująca. Nie ma typowego zagmatwanego śledztwa, takiego do którego przyzwyczaił nas Autor. Jest intryga, ale przede wszystkim są ludzie zaplątani w morderstwa, kłamstwa, przekręty i własne demony. Lekarze nie leczą, tylko zarabiają na ludziach podając im narkotyki. Policja potrafi tylko używać pały. Prokuratura i gazety są na usługach oligarchów. Gangsterzy panoszą się nic sobie z tego nie robiąc. Kobiety są zepsute do szpiku kości, a wszyscy faceci to alkoholicy. Żarcie w barach nie nadaje się nawet dla szczurów, a lokaje i służący latynoscy chowają w mankietach sprężynowe noże. A wśród nich Filip Marlowe, który wyśmiewany, popychany i bity, w imię honoru i pamięci dla przyzwoitego człowieka, próbuje wykrzesać iskierkę normalności. Którą pewnie i tak nikt nie zauważy, bo wszystko przykrywa smog miasta Los Angeles.

Dodatkową siłą wyrazu książki może być również zestawienie jej treści do ówczesnych problemów życiowych Raymonda Chandlera. Opisy problemów alkoholowych, zachowań alkoholików, wręcz całe studium alkoholizmu zawarte w powieści przeszywa na wskroś.

Kwintesencja stylu noir. Daje kopniakiem prosto między oczy. Aż niewiarygodne, że książka powstała w 1953. Genialna, genialna.

PS. Zawarty w książce opis rodzajów i typów blondynek, to dla mnie Nobel. Służę skanem.

PS2. To piwo to niesamowita bomba smakowa! Porter Podbity Śliwką – porter bałtycki z Browaru Jabłonowo z wędzoną śliwką! Czarne niebo w gębie.

 

Na koniec, jak zwykle, kilka cytatów:

„Pierwszy pocałunek to magia,drugi jest intymny,a trzeci już trochę odruchowy. Potem dziewczynę po prostu sie rozbiera.”

„Kiedy modli się człowiek, który się dobrze czuje, to jest to wiara. A kiedy chory człowiek się modli, to jest po prostu wystraszony.”

„Szybka z matowego szkła została odsunięta i wyjrzała zza niej recepcjonistka.Uzbrojona była w stalowy uśmiech i oczy potrafiące przeliczyć pieniądze,które miałeś schowane w portfelu na piersiach.”

„Gliny nigdy nie mówią do widzenia. Zawsze mają nadzieję, że cię jeszcze ujrzą u siebie.”

„Jeśli pijak rzeczywiście chce się napić, to nie ma sposobu, by mu w tym przeszkodzić.”

„Francuzi mają na to określenie. Te sukinsyny mają na wszystko określenie i to doskonale oddające istotę rzeczy. Żegnać się to tak jakby trochę umierać.”

„Nigdy nie należy zajmować się pijakiem, to błąd. Nawet jeśli cię zna i lubi, to i tak można się spodziewać, iż znajdzie dogodny moment, żeby cię strzelić w zęby.”

„Udałem się do pobliskiego barku, zjadłem kanapkę i napiłem się kawy. Kawa była lurowata, a kanapka miała smak starej podeszwy. Amerykanie zjedzą wszystko, o ile tylko jest to podane na grzance, przekłute paroma wykałaczkami, a z boku wystaje sałata, najlepiej jak trochę zwiędnięta.”

„Obróciłem się i zauważyłem wielkiego, wąsatego Meksykanina, o paskudnym wyrazie twarzy. […]
Nie ma nic twardszego nad twardego Meksykanina, tak jak nie ma nic łagodniejszego nad łagodnego Meksykanina i nic bardziej uczciwego nad uczciwego Meksykanina, ani – i może przede wszystkim – nic smutniejszego nad smutnego Meksykanina. Ten niewątpliwie należał do pierwszej kategorii. Twardzi Meksykanie – klasa sama w sobie.”

„Podjechałem do knajpki, w której hamburgery były jadalne. Gdzie indziej smakowały jak to, co kotka przyniosła z ogrodu.”

„Jestem przysłowiowym czarnym charakterem. Wyciągam kupę forsy. Muszę wyciągać dużo, żeby smarować facetów, których muszę smarować, żeby zarobić dużo forsy, by móc smarować facetów, których muszę smarować.”

 

Reklamy

2 thoughts on “Raymond Chandler – „Długie pożegnanie”

Add yours

  1. Tak, tak… Czeka. A Jabłonowo się wyrobiło, kiedyś jakieś marne piwa,a teraz ta manufaktura piwna ma parę ciekawych pozycji. No i to co robią dla Biedronki też ciekawe, może poza ipą, ale wity dobre. Muszę tego portera poszukać.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: