Przemysław Borkowski – „Zakładnik”

20170822_201849 blog

Na straganie w dzień targowy WTK wzięli i mi wcisnęli. Kupowałem akurat ja sobie kurtularnie „Najgorsze dopiero nadejdzie” R. Małeckiego i nie dadzą odejść, tylko „Zakładnika”, panie, jeszcze! „Zakładnika”! Wziąłem, bo by mnie nie puścili. A tak puścili, tylko z torbami, bo to ostatnie krwawice w kieszeni byli.

Ale bardzo byłem ciekaw. To, że pan Borkowski popełnia kryminały już wiedziałem, bo kiedyś w Trójce gadało. Ale jakoś nie trafiły na mnie. A teraz, pomyślałem, czemu nie? Poczytam, obaczym, zdanie swoje wyrobim.

„Zakładnik” to pierwszorzędny, rasowy kryminał. Żeby nie powiedzieć klasyczny. Akcja skupiona na śledztwie od początku do końca nie wychodzi zbytnio poza ramy zagadki. Mamy dwójkę domorosłych detektywów; psychologa Zygmunta Rozłuckiego i dziennikarkę telewizyjną Karolinę Janczewską, którzy przypadkiem uwikłani w wir wydarzeń dla własnego spokoju podejmują się odkryć karty tajemnicy.

O Rozłuckim dowiadujemy się trochę więcej; jako się rzekło – psycholog, jest tutaj głównym bohaterem (i będzie nim również w planowanych dalszych częściach cyklu), ma nieźle potarganą przeszłość, samobójstwa w rodzinie, rozwód, depresja, alkoholizm. Co ciekawe jest w tym swoim alkoholizmie koneserem whisky. I na jej temat w książce wiele rzeczy się dowiedziałem, o których nie miałem pojęcia.

Karolina Janczewska – dziennikarka jest słabiej przedstawiona. Jest młoda, piękna, niezamężna, uczyła się z olsztyńskim liceum i piła tam tanie wino na nasypie kolejowym.

I oni, oprócz zagadki kryminalnej, są tu najważniejsi. Akcja nie wybiega poza ich osoby oraz tajemnicę, którą chcą rozwiązać. Trochę między nimi iskrzy, bo Janczewska to piękne dziewczę jest i Rozłucki momentami nie może skupić się na sprawie, bo jego własny umysł  wprowadza dedukcję w ruch wibrującego bączka, kiedy tylko jego wzrok zawędruje na łabędzią szyję Karoliny, albo na inne powabne części jej ciała.

„Opadli na ziemię. Karolina, jako mistrzyni paintballa, wytyczała drogę. Widział teraz dokładnie podeszwy jej butów (…) Widział też wyraźnie jeszcze coś: oszołamiającą zgrabność jej nóg i nad wyraz doskonały kształt opiętych dżinsami pośladków, podkreślany dodatkowo przez ruch pracujących pod materiałem mięśni. Podjął wówczas decyzję – dokładnie w tym momencie, niezbyt trzeba przyznać odpowiednim – że kiedy to się wszystko skończy, podejmie jakieś stanowcze kroki, by móc dobrać się do tego uciekającego teraz przed nim cudu.”

Oczywiście akcja musi uwzględniać różne inne osoby, ale nie ma takich zabiegów, że rozgrywa się ona na dwóch, czy kilku planach, albo z różnych innych punktów widzenia.

Sama zagadka jest pierwszego sortu. Otóż na oczach milionów telewizyjnych widzów oraz bezpośrednio w to zamieszanych naszych bohaterów pewien człowiek terroryzuje prowadzących program w studiu telewizyjnym, zabija jednego z nich, odczytuje dziwne oświadczenie i popełnia samobójstwo. Jaki był jego motyw? Co nim kierowało? Na pozór bezsensowne działanie sprawcy nie daje spokoju, ani naszym detektywom, ani czytelnikowi. Rozłucki i Janczewska nie mogą usiedzieć spokojnie na miejscu, dopóki nie dowiedzą się co mogło być powodem tej tragicznej sytuacji. Najpierw szukają po omacku, potem łapiąc kolejne tropy, poszlaki, sugestie budują sobie obraz całej sytuacji.

Świetny, rzetelny kryminał bez udziwnień, pokrętnych bocznych uliczek, „obowiązkowego” tła społecznego i innych przemyconych drugich den. Prawdziwa rozrywka dla umysłu. Jest zabawnie, poważnie, logicznie i solidnie. Jednocześnie opowieść jest gęsta zarówno od rozważań na temat sprawy, ale i relacji między bohaterami, sytuacji świadków, motywu sprawcy, oryginalnych postaci (komisarz Abramowski – mój ulubiony, sekretarka w liceum) i ciekawych zwrotów akcji.

Na straganie w dzień targowy mieli rację, że nie będę żałował.

Seler nie miał powodu westchnąć.

Tylko nie wiem do końca kto jest tym tytułowym zakładnikiem. Interpretacji może być wiele, ale rozważając tutaj na ten temat chyba bym musiał trochę spojlerować.

 

Ostatnio tutaj Brokreacja rządzi pod względem serwowanych piw do lektury. No i tym razem do „Zakładnika” również piwo być mogło tylko jedno. Stockholm Syndrome #1 – triple IPA. Etykieta adekwatna i nie tylko. Piwo w smaku wyraziste i mocne jak cholera. Ocena 4/5.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: